Każda niedziela była trochę francuska –
Może przez perfumy i szminkę mej matki.
Chrapiący dźwięk miasta pod oknem się pluskał,
Wierzyliśmy w Boga, w harmonię, w przypadki.
Mieliśmy meble z ikei i kwiaty w wazonie,
wspólne szaliki, filmy, i sushi – wieczory.
Razem wyprowadzaliśmy psa, a potem myliśmy dłonie.
Do łez nas wzruszał teatr i wkurzało słowo „sorry”.
Było nudno. Za to jak w literaturze.
Mamy wszystko – mówiłem, lecz chyba zapomniałem,
że nigdy ojca nie było i dlatego, może
nieco niespodziewanie, stałem się pedałem.
Powiedziałem jej.
Szminka zszarzała,
przez twarz przetarzały się barwy lukrowanego, wieczornego nieba,
Zbierały się w kłębki
i nie wiedziały jak się ze zwartej tkanki twarzy wygrzebać.
Myśli się śliniły
i powoli wymykały wypychając cebulki włosów z czaszki,
Skakały na kurz,
ale najwidoczniej było za ciężko na latania igraszki.
Powietrze zresztą
też uciekało do innego domu i innej rodziny,
Szepnęła mi tylko na ucho:
„Przez ciebie umieram w swoje urodziny”.
Może przez perfumy i szminkę mej matki.
Chrapiący dźwięk miasta pod oknem się pluskał,
Wierzyliśmy w Boga, w harmonię, w przypadki.
Mieliśmy meble z ikei i kwiaty w wazonie,
wspólne szaliki, filmy, i sushi – wieczory.
Razem wyprowadzaliśmy psa, a potem myliśmy dłonie.
Do łez nas wzruszał teatr i wkurzało słowo „sorry”.
Było nudno. Za to jak w literaturze.
Mamy wszystko – mówiłem, lecz chyba zapomniałem,
że nigdy ojca nie było i dlatego, może
nieco niespodziewanie, stałem się pedałem.
Powiedziałem jej.
Szminka zszarzała,
przez twarz przetarzały się barwy lukrowanego, wieczornego nieba,
Zbierały się w kłębki
i nie wiedziały jak się ze zwartej tkanki twarzy wygrzebać.
Myśli się śliniły
i powoli wymykały wypychając cebulki włosów z czaszki,
Skakały na kurz,
ale najwidoczniej było za ciężko na latania igraszki.
Powietrze zresztą
też uciekało do innego domu i innej rodziny,
Szepnęła mi tylko na ucho:
„Przez ciebie umieram w swoje urodziny”.







