przeciw poetom
przeciw poetom

Beata Siemieniako

Każda niedziela była trochę francuska –
Może przez perfumy i szminkę mej matki.
Chrapiący dźwięk miasta pod oknem się pluskał,
Wierzyliśmy w Boga, w harmonię, w przypadki.

Mieliśmy meble z ikei i kwiaty w wazonie,
wspólne szaliki, filmy, i sushi – wieczory.
Razem wyprowadzaliśmy psa, a potem myliśmy dłonie.
Do łez nas wzruszał teatr i wkurzało słowo „sorry”.

Było nudno. Za to jak w literaturze.
Mamy wszystko – mówiłem, lecz chyba zapomniałem,
że nigdy ojca nie było i dlatego, może
nieco niespodziewanie, stałem się pedałem.

Powiedziałem jej.

Szminka zszarzała,
przez twarz przetarzały się barwy lukrowanego, wieczornego nieba,

Zbierały się w kłębki
i nie wiedziały jak się ze zwartej tkanki twarzy wygrzebać.

Myśli się śliniły
i powoli wymykały wypychając cebulki włosów z czaszki,

Skakały na kurz,
ale najwidoczniej było za ciężko na latania igraszki.

Powietrze zresztą
też uciekało do innego domu i innej rodziny,

Szepnęła mi tylko na ucho:
„Przez ciebie umieram w swoje urodziny”.