przeciw poetom
przeciw poetom

Czesław Markiewicz

Oddajcie mi moją Europę

ten ciągle pobudzany Norwid, dłubie mi w uchu swoim zmartwychpowstaniem.
jak wyostrzoną lancą; anachroniczna zmiana pozycji ze zmartwychwstającej.
i ten ciągle nienagannie ogolony Malraux ze swoim pytaniem – gdzie jestem –
bardziej w zmartwychwstaniu czy w dziedzictwie. jeśli dziedzictwo to:
stara kobieta, babka jakaś, najpierw z profilu: lewy – jakby Wandy Wasilewskiej;
prawy Marii Walewskiej. mam grzebać pod ziemią czy wydrapywać spod skóry.
babka, z domu jakaś Bouvard, umiera z powodu jednego westchnienia,
którego już nie oddaje ani czasowi ani przestrzeni;
(więdnący sad – odwrót wojsk – niepożądana ciążą)
nigdy nie ściąga lnianej koszuli. rozsuwa uda przed bezmyślnością płci
starca, który nie jest moim dziadkiem ani Józefem Piłsudskim.

Kochają go bez spuszczania powiek wszystkie dziewice z pensji pani Nałkowskiej
ale dlaczego nie pada deszcz wszystko wysycha sztywnieje wezgłowie
słońce w zenicie pszenica jak pieprz popiół na głowie w środku lata
z ust babki Bouvard wylatują hymny wedyjskie.


Okoliczne wierzby, jak baby na sumie coś tam fałszują o pokrewieństwie.

wiem, że nie będzie rewolucji mokrego podkoszulka.
matka dzierga czarny golf dla Juliet Greco.
moje dziedzictwo – to – jak wypadające zęby – jakieś powstania. z martwych.
przechodzimy do następnej sali. jest już po XXI-ej. ciągle otwarte.
a tu i teraz en face: oczy babki – coraz bardziej skośne (wakacje w Mandżurii),
skóra – śniada (sylwester w Rio). stara kobieta liniami Air France błąka się
między Tarnowcem a Paryżem. o Norwidzie wiedzą tyle, co ja o Petefim.
nie da się tego normalnie pogrzebać, jak Bóg po ludzku
przykazał, w ciemnym zaułku Brukseli. dziedzictwo rozwłóczone po muzeach.
a ja wiem tyle, ile mi zostało z westchnienia starej kobiety
uśmiechającej się nie wiadomo do kogo z cyfrowej fotografii;