przeciw poetom
przeciw poetom

Krystyna Myszkiewicz

początek o poderwanej dłoni,
odroczeniu oraz śmiechu z dna


ożywiać się to doprawdy żadna tajemnica. przyswojona rezerwa
mniej doskwiera i jest punktem odniesienia. to pierwsze znamię.

z pamięcią o niej dni nabierają jasności, stygnie pościel ze śpiącym,
ruch jest trochę udawanym stanowieniem o władzy nad filiżanką,
pierwszym obiegiem dymu w płucach i ćwiczeniem z elastyki ciała:

nic mi już nie ubędzie, znam każdy wariant klęski, a nawet ożywam
w tej mocy powitań – ach, czy chciałbyś pobyć tu i zrozumieć sens
przewagi?
jestem gotowym na pozorne przejęcia schyłkiem, a to
niebezpieczne ognisko infekcji – tak chorego nic więcej nie zmorzy.

więc kiedy śpiący stygnie wraz z pościelą, rezerwa zbiera swoje żniwo
i nic nie dotyczy mojego chłodu, a chłód już nie dotyka niczego.

sam w sobie jest światem, przenośnym temperamentem i nowym
dobrodziejstwem przebudzeń w równie szybko stygnącej kwestii:
przystać na jeden skłon w stronę życia? uniesienie ciała i odwieszenie
majeń – to jakby zimować i wiedzieć o swej epizodycznej treści.

gdy przegrany zna każdy wariant klęski, sam jest swą batalią:
o pole pierwszego planu przechodzącego w stan spoczynku i nerw
do liczenia poświęconych bohaterów – ufności, czuwania & pasji.

lekkość jest w zatraceniu, w którym się nie zna swojego głosu.
tyle pokładanych w sobie nadziei jest zbyt ogromnym balastem.

co tam szepczesz, szpetna pani, własny oprawco i własna ofiaro?